Jako autorzy kontrowersyjnego bloga byliśmy gotowi na wiele, ale to, co spotkało nas dzisiaj, karze zastanowić się nad sensem słowa "przyzwoitość". Oddajmy głos jednemu z naszych autorów:
Dziś (29 maja 2007 - przyp. red.), około godziny 23 dokonywałem rutynowej wymiany żarówek w samochodzie. Jako że było ciemno, pomagałem sobie przy tym komórką, oświetlając przy jej pomocy komorę silnika. Wtem odezwał się dzwonek. To Diana M. (21 l.) chciała, by pomóc jej w problemach z komputerem. Zapominając o niesnaskach, jakie powstały na tle jej nerwowej reakcji na naszą publikację dotyczącą ostatniej imprezy, w której uczestniczyła, udzieliłem stosownych rad. Nie wiedziałem jeszcze, że stosując metody NLP i hipnozę wprowadziła mnie w trans, w którym pozostawałem jej zupełnie posłuszny. Bezwiednie odłożyłem telefon na filtr powietrza, zamknąłem maskę i odjechałem do domu. O braku komórki przypomniałem sobie dopiero, gdy wybudziłem się z hipnozy - po dojechaniu na miejsce. Szybkie poszukiwania i retrospektywa uświadomiły mi, że nie mam jej przy sobie, a ostatnim miejscem, w jakim ją widziałem, jest komora silnika. Niestety, tam już jej nie było. Wróciłem więc natychmiast na stację i ponowiłem poszukiwania. Telefon znalazł się w końcu - przez dobre 15 minut leżał na środku ulicy, przy której znajdowała się stacja. Podniosłem go i nie mogłem uwierzyć własnym oczom - nawet się nie wyłączył!"
Nie ulega wątpliwości, że to - nie bójmy się tego słowa! - podłe działanie Diany M. miało na celu pozbawienie autora jego narzędzia pracy. To bowiem właśnie TYM telefonem zarejestrowano kompromitujące ją zdjęcia. Na szczęście jednak, opatrzność zadziałała i uchroniła nas przed niecnymi zakusami gwiazdy filmów spod znaku trzech iks. Pozostaje pytanie, co będzie następne? Przecięte przewody hamulcowe? Skórka od banana na schodach? Gingers w puszce po piwie? Diano, wstydź się!


